Mój przypadek był chyba typowy.
Poznałem Gereca w pracy, tam mi naopowiadał jak to w Inie łowi trocie.Już byłem zaskoczony że te ryby w ogóle są w Inie. Potem spotkaliśmy się nad rzeką , ja siedziałem za jakimś białorybem a on ze spinningiem chodził za trocią. Powiedział mi o istnieniu TPRIiG, z jego opowieści wywnioskowałem że to jest klub łowców troci (ryby widma

). Ale dałem się namówić na kilka wypadów nad Inę na schodzące zimowe trocie. Tam Gerec złowił przy mnie swoją największą rybę, nigdy tego nie zapomnę, wtedy uwierzyłem.
W sezonie letnim poznałem Mirka , który wyjaśnił mi czym naprawdę zajmuje się owe towarzystwo. Przeczytałem statut i poszedłem na pierwsze spotkanie. Byłem zszokowany że istnieją ludzie którym nie jest obojętny los naszej Iny i w brew wszystkiemu starają się zrobić wszystko aby nie dopuścić do jej dalszej degradacji. Byłem szczęśliwy jak dziecko że zamiast patrzeć z bezsilnością i żalem na zabijanie naszej rzeki, mogę aktywnie temu przeciwdziałać. Skoro żyją w niej trocie to nie jest jeszcze tak źle żeby było za późno na ratowanie choć tego co jeszcze z niej pozostało.
Podpisałem deklarację i jestem członkiem TPRIiG, udzielam się we wszystkich działaniach towarzystwa o ile czas mi pozwala bo wiem że tak trzeba. Jeśli nikt tego nie zrobi to za kilka lat z pięknej rzeki będzie kanał do szybkiego nocnego pozbywania się ścieków i śmieci.Tak aby za dnia mógł się rozwijać nowy sport tzw kajakarstwo bez wiosłowe.
A to właśnie mi wędkarzowi zależ najbardziej na tym aby do tego nie dopuścić. Chcę łowić piękne, dzikie ryby w pięknej, czystej i dzikiej Inie.
Dlatego właśnie należę i aktywnie uczestniczę w działaniach Towarzystwa Przyjaciół Rzek Iny i Gowienicy.
pozdrawiam
Mariusz